Zacznijmy zatem od Gombrowicza-dramatopisarza. Ale dramatopisarz znany jedynie z trzech i pół sztuki – Iwony, Ślubu, Operetki i niedokończonej Historii ? To rzeczywiście dziwaczne, jeśli nawet weźmiemy pod uwagę wszystkie inscenizacje jego utworów prozą, których było multum.

Gombrowicz tym się różnił od swoich kolegów-dramaturgów z dwudziestolecia, że właściwie nie pisał „dla teatru”, tzn. nigdy nie był dostarczycielem repertuaru dla jakiejś określonej sceny, w związku z czym jego pisanie teatralne pozbawione było jakiejkolwiek rutyny, nie poddawało się w najmniejszej mierze prawom serii, naciskowi jakichś przyswojonych sobie już przez autora umiejętności czy konkretnym wymogom tego lub owego teatru, wyrażającego pod adresem pisarza swoje oczekiwania. Tym mniej można Gombrowiczowi zarzucić, że pisał „pod aktorów”, mając z góry na myśli jakichś określonych odtwórców stwarzanych przez siebie postaci. A jeśli nawet myślał o takich czy innych aktorach bądź aktorkach przed wojną, pisząc swoją Iwonę, to i tak sztuka w ówczesnym teatrze nie została zrealizowana.

Można zatem bez przesady stwierdzić, że przestrzeń sceniczna stanowiła dla Gombrowicza abstrakcję – zresztą, jak często podkreślał, do teatru z zasady nie chodził. Jego związki ze sceną były innej natury, bo oparte o doskonałą znajomość klasyków dramaturgii, szczególnie Shakespeare’a, Calderóna, Goethego czy polskich romantyków. Jego aktorzy deklamują więc teksty, które „w tle” mają głos i formę klasyków, jakoś wobec nich się sytuują, nie mając zarazem w swym zapleczu stworzonego do ich wystawiania teatru. Związek z tradycją literacką realizował się zatem jedynie w uniwersum języka i sytuacji scenicznych, nie stał za nim jednak jakikolwiek profesjonalizm w dziedzinie operowania aktorami na realnych deskach scenicznych.

Mówił Gombrowicz, że dramat syna, który nazywa ojca „świnią”, w normalnym teatrze jest dramatem tych dwu osób, podczas gdy w jego ujęciu dramat zachodzi między aktorem i jego wypowiedzią, która jak gdyby „zawisa w powietrzu”, daje się oglądać albo jako ekspresja uczuć postaci, albo jako okrzyk niejako jej narzucony (przez sytuację, konwencję dramatyczną etc.), pozostaje więc czymś, co jest w jednym momencie subiektywne i obiektywne, wychodzące z wnętrza postaci lub przychodzące z zewnątrz. To znak widomy, że dramaty Gombrowicza rozgrywają się najpierw w języku – dopiero potem między konkretnymi ludźmi na takiej lub innej teatralnej scenie.