Adaptacja filmowa książki jest osobistym wyobrażeniem reżysera. Andrzej Wajda kiedy planował nakręcić „Zemstę” myślał nawet nad tym, aby nakręcić ją w Japonii. W wywiadzie z redaktorem „Stopklatki” powiedział:

„Kiedyś, podczas wizyty w Japonii, wpadłem na pomysł, aby właśnie tam zrealizować ten dramat.(…) Dwóch strasznych samurajów, pomiędzy nimi fantasta taki, jakim był wielki aktor Toshiro Mifune, który wtedy jeszcze żył i o którym właśnie myślałem jako o Papkinie.”

Jednak na sukces filmu, pracuje duża grupa ludzi i każdy z nich daje w ekranizację, coś od siebie. Na przykład aktorzy. Filmowiec podczas konferencji o postaci Raptusiewicza, którego zagrał Janusz Gajos mówił:

„Pan Janusz wniósł do postaci Cześnika coś, czego nigdy nie widziałem, więcej nawet - nie bardzo się tego domyślałem. Mianowicie - z jednej strony jest tu ta porywczość, która normalnie bywa wyeksponowana, bo też jest zapisana w słowach Fredry. Z drugiej - nadał on tej postaci jakiś rys dziecinności. To czyni tę postać plastyczną, żywą. Tu nagle zachowuje się tak, jakby był małym dzieckiem - nie wie, jak się do tej Podstolinki zabrać, a tu widać, że jest zabijaką. W grze pana Janusza widać tę sprzeczność. I to jest piękny, bardzo odkrywczy rys - tego się nie spodziewałem. To pan Janusz przyniósł nam w podarku.”.

Najwięcej kontrowersji budzą zazwyczaj aktorzy. Na długo przed premierą są głównym tematem dyskusji. Chętnie wyrażamy swoje opinię, czy podołają oni temu zadaniu i czy pasują Naszym zdaniem do danej roli. Podczas kręcenia „Zemsty” przez Andrzeja Wajdę, takie kontrowersje budziła aktorka Agata Buzek, która miała zagrać Klarę. Dlaczego reżyser zdecydował się ją właśnie obsadzić tę postać? Sam odpowiada:

„Bo to najlepsza aktorka tego młodego pokolenia. Jestem przekonany, że to najsilniejszy i najwspanialszy talent. Klara zwykle w "Zemście" jest dość anemiczną postacią, przeważnie tak się ją odbiera i tak się ją też obsadza. Pomyślałem, że trzeba szukać jakiejś wyrazistości. Uważałem, że to najwłaściwsza decyzja. W "Zemście" widzi się z jednej strony tych rozszalałych przeciwników - Cześnika i Rejenta, którzy gotowi są się pozabijać, z drugiej - jest parka tych młodych - Wacława i Klary, jakby z innej epoki, z romantyzmu - tak sobie patrzą w oczy, coś tam opowiadają. A mi się wydaje, że po takich rodzicach też i takie dzieci są. I one też muszą zaistnieć w filmie, na scenie. W związku z tym trzeba było znaleźć aktorów, którzy temu podołają i sprawią, że te postacie rzeczywiście zaistnieją. Myślę, że nasza Agatka Buzek jest aktorką dostatecznie silną, wyrazistą. Ma wspaniały charakter i widać to wszystko na ekranie.”

Dzieło Aleksandra Fredry jest dramatem, więc nie ma mowy o dużych różnicach w filmie, nawet dialogi są takie same.

Pierwszym odstępstwem pana Wajdy od oryginału Fredry jest inne miejsce spotkań Klary i Wacława.

W książce jest opis spotkań w altance, w ogrodzie. Natomiast w filmie spotykają się przy murze. Spowodowane jest to prawdopodobnie tym, iż każdy nowy plener wiąże się z kosztami, a nie jest to tak istotnym faktem. Nie wpływa na rozwój wydarzeń, ewentualnie na własne wyobrażenia odbiorcy.

Kolejną niezgodnością, która rzuca się w oczy jest sam początek.

AKT I

Scena I

Scena ta rozgrywa się w pokoju w zamku Cześnika Macieja Raptusiewicza. W didaskaliach pojawia się informacja na temat wyglądu pomieszczenia: w pokoju na ścianie wisi gitara angielska, ponadto znajdują się w nim stoły, krzesła oraz troje drzwi. W scenie tej Cześnik siedzi „w białym żupanie bez pasa i w szlafmycy” , ma „okulary na nosie, czyta papiery” w towarzystwie swego marszałka Dyndalskiego. Z rozmów wynika, iż są to papiery przedstawiające stan majątkowy pewnej niewiasty, którą Cześnik prawdopodobnie chce poślubić. Sam nie jest już bowiem zbyt młodym człowiekiem, ale też nie na tyle starym, by nie móc ułożyć sobie życia u boku jakiejś kobiety. Przegląda więc papiery swojej bratanicy Klary, później jednak dochodzi do wniosku, że lepszą żoną byłaby dla niego Podstolina „świeżo upieczona wdowa po trzecim mężu”. W scenie drugiej pojawia się Papkin.

W pierwszej scenie filmu widzimy postać Papkina powracającego z podroży do zamku Cześnika. Za chwilę na scenie pokazuje się reszta aktorów. Podjeżdżają saniami pod zamek, Cześnika spogląda złowrogo w stronę Rejenta, a Wacław rzuca zalotne spojrzenie na Klarę. Ten dodany przez reżysera wstęp wprowadza widzów w akcję i daje ogólny zarys utworu. Uważam, że dodanie tego prologu było trafnym posunięciem.

Jeszcze jednym odstępstwem od oryginału, dość kontrowersyjnym jest element scenografii, a mianowicie śnieg. W dramacie Aleksandra Fredry, oczywiście nie ma o nim mowy, co więcej spotykamy się zielonym krajobrazem. W wywiadzie z Dagmarą Romanowską Andrzej Wajda powiedział:

„Gdy jednak zobaczyłem, (…)że mógłbym to zrobić w takim rozległym krajobrazie, jakim jest zamek w Ogrodzieńcu. Dalej, że można by to zrobić w zimie - to zresztą nie jest mój pomysł, tylko Jana Prochyry, to nagle zabiło mi serce. Bo zobaczyłem film, a nie tylko przeniesienie sztuki teatralnej” Śnieg w adaptacji filmowej zemsty nie jest przypadkowy. Według twórców dzięki temu film zyskuje na wyrazistości. Napiętą sytuację w dramacie, wszystkie intrygi niweluje jej zielony krajobraz sielankowy wręcz. Reżyser mówił: „dobrym pomysłem wydało mi się odarcie Zemsty ze swojskiego ciepełka, które w teatrze towarzyszy zwykle tej komedii. Tymczasem tekst Zemsty jest przejmujący, wręcz przeszywający, jak zimowy chłód”

Dramaty mają to do siebie, iż są same w sobie scenariuszami. Dlatego w Zemście nie doszukamy się dużo niezgodności

Każde jednak odstępstwo od pierwotnej wersji nie wróży nic dobrego, ale jak to mówił sam Fredro :

„Nie masz nic tak złego, żeby się na dobre nie przydało.

Bywa z węża dryjakiew, złe często dobremu

okazyją daje.”

„Jak mówi popularne przysłowie „diabeł tkwi w szczegółach”. W przypadku pierwszej ekranizacji powieści Dana Browna, czyli krytykowanego „Kodu da Vinci” to właśnie ich nadmierna ilość spowodowała, że dynamiczna powieść po przełożeniu na filmowy język nabrała tempa programu przyrodniczego.

We wchodzących właśnie na ekrany „Aniołach i Demonach” reżyser Ron Howard pokazał, że wyciągnął z tej lekcji wnioski. Dzięki temu kolejna filmowa opowieść o Robercie Langdonie tryska energią i emocjami, jest ciekawsza i szybsza – słowem lepsza!” Taką opinię na temat adaptacji filmowej książki „Anioły i demony” Dana Browna reżyserii Rona Howarda wyraził polski autor recenzji Michał Nowak.

Książka i film przedstawiają opowieść o ekspercie od symboli Robercie Langdonie, który tym razem musi uratować czterech największych kościelnych dostojników, porwanych przez tajemniczych Iluminatów uważanych za nieistniejące bractwo. Akcja toczy się w Rzymie. Robert Landgon na rozwiązanie liczącej sobie kilkaset lat zagadki ma zaledwie kilkanaście godzin. W dodatku jako osoba niewierząca na każdym kroku spotyka się z nieufnością watykańskich władz. Pomaga mu pani naukowiec Vittoria Vetray.

Film został umyślnie uproszczony, jest to taki filmowy ekstrakt. Akcja toczy się szybko i efektownie kosztem drobnych dodających uroku scen i innych drobiazgów.

Pierwszą różnicę jaką dostrzegłam jest sam początek. W książce Langdon jest zabierany w nocy z domu do Genewy do Wittori i stamtąd we dwoje lecą do Watykanu. W filmie jest to nice uproszczone po Langdona przylatuje mężczyzna z Watykanu. Langdon jest w tym momencie na harvardzkim basenie. Myślę, że miało to związek z długością filmu.

Kolejnym inaczej przedstawionym epizodem jest sama scena kulminacyjna Aby uratować ludzi na placu w Watykanie, główny bohater grany przez Toma Hanksa wsiada do helikoptera wraz w zagrażającą wszystkim antymaterią. W książce ratuje się robiąc sobie prowizoryczny spadochron i wyskakuje z eksplodującego pojazdu. Langdon przytomnieje na jakimś lądzie na terenie misji. Do Watykanu wraca po jakimś dłuższym czasie. A nie jak na filmie wszystko dzieje się w ciągu niecałej godziny. Langdon wraz z towarzyszący mu kamerlingiem lądują na placu w śród oklasków tłumu. Ta zmiana spowodowana jest zapewne również ograniczeniem czasowym oraz koniecznością dodania jeszcze jednej sceny w innym miejscu co łączy się z kosztami.

Jeszcze jeden mankament przyciągnął moją uwagę. W książce czworo kandydatów na papieża zginęło, a biskupem Rzymu został inny człowiek. W filmie udało się ostatniego uratować i został on wybrany na papieża. Dlatego, iż wprowadzenie kolejnej postaci do filmu zagmatwałoby go nieco, a nie był to bardzo istotny fakt.

„Anioły i Demony” jest książką pełną akcji oraz drobnych epizodów, dlatego film musiał, być bardzo skrucony. Po oglądnięciu go czułam pewien niesmak w porównaniu z książką. Zdecydowanym plusem jest Tom Hanks grający głównego bohatera. I film, i książka godne są polecenia.

Kiedy na ekrany wchodzi adaptacja, zawsze pojawiają się recenzje wysuwające na pierwszy plan problem wierności filmu oryginałowi. Dzieje się tak począwszy od notatek w gazetach po poważne eseje. Kwestia wierności utrudnia dyskusje o adaptacji. Pierwowzór literacki zawsze cieszy się większym uznaniem. Nadmierna eksponowanie zasady wierności oryginałowi utrudnia poznanie fenomenu adaptacji. Rezultatem jest ignorowanie idei adaptacji jako zbieżności pomiędzy sztukami. Adaptacja to przeróbka utworu literackiego mająca na celu przystosowanie go do potrzeb nowych odbiorców bądź do innych niż pierwotne środków rozpowszechniania.