„Dzieje Tristana i Izoldy” to książka poruszająca temat nieszczęśliwej miłości. Miłości niemal idealnej. Kochankowie przeżywają każdą emocję niesamowicie silnie, co niemal doprowadza ich do szaleństwa. Żyją miłością baśniową, nierealną. Mogłoby się wydawać, że jest to uczucie, jakiego pragnąłby każdy człowiek. Czy aby na pewno?

Narrator zawsze staje po stronie kochanków, podkreślając, jak silne jest ich uczucie. Tak silne, że przezwycięży wszystko – nawet śmierć. Tristan i Izolda pokazani są jako ci, których Bóg umiłował sobie bardziej od innych i dąży do tego, aby byli razem. Każdy, kto będzie chciał im przeszkodzić, zostanie ukarany. Pojawiają się cudowne ocalenia – skok z kaplicy czy Sąd Boży przez rozżarzone żelazo. Wszystkie te zabiegi służą jednemu – manipulacji czytelnikiem. Rolą narratora jest „odurzyć” czytającego mocą tej z pozoru idealnej miłości. Prawda jest taka, że jest to miłość, przez którą główni bohaterowie podejmują działania niegodne tego, kim są. Tristan zdradza najpierw Marka, nie oddając mu prawowitej żony. Izolda nie jest jego – została zaślubiona królowi, który, na dobrą sprawę, jest dla niego jak ojciec. Potem zdradza Izoldę, biorąc za żonę Izoldę o Białych Dłoniach. Tristan może sobie tłumaczyć, że zrobił to, aby zapomnieć o Izoldzie Jasnowłosej. Wydaje się jednak, że kobieta miała być jej zastępstwem. A kiedy mężczyzna zdaje sobie sprawę, że uczynił, że nie jest w stanie kochać swojej żony ze względu na tęsknotę za kochanką – rani Izoldę o Białych Dłoniach. Tristan w gruncie rzeczy jest postacią niesamowicie niehonorową, niewierną i bezczelną. Narrator jednak próbuje nam go przedstawić jako ideał średniowiecznego rycerza: mężnego, szlachetnego, oddanego.

Izolda nie ma skrupułów przed zdradzaniem Marka. Jest podstępna i mściwa. Wydaje się być czystą i niewinną niewiastą, lecz prawda jest taka, że nie zawaha się wykorzystać innych, a nawet zabić dla własnych korzyści.

Uważam, że Tristan i Izolda cierpieli. Ich uczucie sprawiało im ból. Świadczą o tym fragmenty tekstu. W rozdziale pt. „Wielka sosna” kochankowie przeżywają wewnętrzne rozdarcie. Dobrze wiedzą, że zdradzili, a ich miłość nie powinna mieć miejsca. Niestety, uczucie sprawia, że nie panują nad tym, co robią. Ciało przeciwstawia się rozsądkowi, a oni cały czas zagłębiają się złą drogą, jaką obrali. W ich nieszczęściu podtrzymuje ich tylko miłość, która, paradoksalnie, jest przyczyną ich cierpienia. Kółko się zamyka. Jak kochankowie mogą to przerwać? Rozstają się, a mimo wszystko nadal nie są szczęśliwi. Nie są, bo nie mają siebie. Tristan decyduje się na ten krok ze względu na dobro Izoldy. Postępuje słusznie – miejsce jego ukochanej jest przy mężu, a on jako rycerz powinien dalej służyć swemu panu. Myślę, że dla tej miłości nie było przyszłości. To jedna z sytuacji bez wyjścia – nieważne, na co zdecydują się bohaterowie, skończy się to źle. Jedyne, co by ich uratowało, to wygaśnięcie uczucia. Niestety, magiczny eliksir sprawia, że jest to niemożliwe. Nie należy tego interpretować dosłownie. Magia ma tylko podkreślić to, jak nierealnie silna jest ta miłość. Tak silna, że nigdy się nie skończy.

„Dzieje Tristana i Izoldy” to piękna opowieść o niewyobrażalnie silnym uczuciu, które zapanowuje nad dwójką zakochanych ludzi. Jej analiza nie jest łatwa, wymaga od czytelnika przemyśleń i nieinterpretowania wszystkich zdarzeń dosłownie. I chociaż bohaterowie nie są tak piękni, jak z pozoru się wydaje, sprawia to, że historia ich miłości jest jeszcze ciekawsza. Każdy z nas, czytelników, może się przekonać, czy dał się zmanipulować narratorowi, czy jednak widzi wszystko takie, jakie jest – bez upiększeń.